BYĆ CZŁOWIEKIEM GÓR

W 39. rocznicę wejścia na Mount Everest przypominamy rozmowę opublikowaną w „Literaturze“ 14 grudnia 1978. Z WANDĄ RUTKIEWICZ rozmawiała Ewa Matuszewska.

Następnie rozmowa ta została wykorzystana w biografii Wandy Rutkiewicz „Uciec jak najwyżej“. Dziś czytając ją, nie mogę się nadziwić, jakie plany miała Wanda – już nigdy żadnych dużych wypraw, skupienie się na pracy zawodowej, no i częstsze wspinaczki w Tatrach i Alpach. Co z tych planów wyszło, wiadomo…

Jaki był początek drogi na Mount Everest?

Zaczęłam od szkółki taternickiej na Hali Gąsienicowej. Po dwutygodniowym kursie otrzymałam patent taternika i zaczęłam się samodzielnie wspinać.

Mogła już Pani prowadzić na linie?

Prowadziłam już w czasie kursu. Rwałam się do tego i sprawiało mi to ogromną satysfakcję. Może dlatego, że miałam już pewne umiejętności wspinaczkowe. Bo początek nastąpił nie w roku 1962, ale rok wcześniej. W Górach Sokolich poznałam technikę wspinaczki i asekuracji. Zasady wspinaczki zimowej poznałam w Śnieżnych Kotłach w Karkonoszach, gdzie znajduje się poligon wspinaczki zimowej taterników wrocławskich i sudeckich.

Po trzech sezonach były już Alpy?

Już trzeci sezon był alpejski. W drugim sezonie sięgałam po bardzo trudne drogi, na przykład wschodnia ściana Mnicha. Sezon alpejski zorganizowałam sobie zupełnie sama. Wyjechałam do Austrii, nie znając w Alpach nikogo, mając dwadzieścia dolarów i plecak pełen żywności. Języka uczyłam się w drodze. Byłam przekonana, że w górach zawsze znajdzie się partner do wspinaczki, że góry ludzi zbliżają i nie będę sama. Choć głównie liczyłam na własne siły.

Turystycznie chodziłam po górach dużo wcześniej, w Tatrach byłam po raz pierwszy ze szkolną wycieczką. Do dziś pamiętam swoje wrażenia znad Morskiego Oka, kiedy patrzyłam na Szczyty Mięguszowieckie. Myślałam sobie, że mogłabym tutaj zostać na zawsze. Oczywiście, nie była to myśl o śmierci – raczej o życiu. Potem chodziłam w innych górach: Karkonoszach, Sudetach i Beskidach – Śląskim, Żywieckim, Wyspowym. Uprawianie taternictwa zaczęło się później. Może dlatego, że na pierwszym roku studiów zetknęłam się po raz pierwszy z tatrzańską tragedią. Jerzy Biederman, jeden z lepszych wówczas wspinaczy, mój asystent na studiach, zginął przysypany lawiną. Przeżyłam to mocno. Ta śmierć zaciążyła nade mną i utkwiła mi w pamięci. Uświadomiłam sobie, że w górach giną ludzie. Być może ten fakt spowodował mój początkowy dystans do Tatr.

A jednak znalazła się Pani w Tatrach?

To był przypadek. Z kolegą z roku pojechałam w skałki, sto kilometrów od Wrocławia, we wspomniane już Góry Sokole. Tam poznałam smak wspinaczki i odkryłam, że to jest coś dla mnie. Pierwsza droga, najłatwiejsza, ale już z liną… Rozpaczliwie, na rękach i kolanach, darłam się w górę. Po tej pierwszej drodze chciałam spróbować sił na innej. Nie było akurat nikogo, kto mógłby mnie asekurować, więc poszłam sama i zrobiłam drogę o skali trudności 5 (nadzwyczaj trudno). Oczywiście, bałam się, ale mniej niż później, bo nigdy nie zrobiłam już tej drogi samotnie.

Co sprawiło, że zamiast zostać, na przykład, dyskobolką, wybrała Pani taternictwo?

Interesowałam się różnymi dyscyplinami sportu, grałam w siatkówkę, uprawiałam lekkoatletykę, skok wzwyż, pchnięcie kulą, rzut dyskiem. Dało mi to trochę zaprawy ogólnej, a jednocześnie, w późniejszym okresie, sportowy stosunek do gór. Góry najbardziej zafascynowały mnie w momencie pierwszej wspinaczki. I ludzie, których w górach poznałam. W środowisku wrocławskim, w którym stawiałam pierwsze kroki taternickie, panowała trochę rodzinna atmosfera. Moi koledzy byli nie tylko znakomitymi wspinaczami, ale bardzo ciekawymi ludźmi.

Gdyby miała Pani podzielić swoje życie na: góry, praca, życie osobiste i tak zwane inne – jakie byłyby proporcje?

Jeżeli jako miary użyć czasu, to na pewno góry nie zajmowałyby najwięcej miejsca w moim życiu. Ale emocjonalnie to one były najważniejsze w ciągu tych szesnastu lat, co przeszkadzało mi skoncentrować się na sprawach zawodowych.

Jest Pani elektronikiem. W tej dziedzinie postęp jest ogromny. Sądzi Pani, że zdoła nadrobić to opóźnienie?

Być może jestem w tyle w stosunku do moich rówieśników. Ale w moim zawodzie, aby osiągnąć satysfakcję, niekoniecznie należy zdobywać Everesty. Nawet jeżeli nie uda się doskoczyć do czołówki i pozostanę te kilka kroków z tyłu, to zawsze mogę robić coś pożytecznego.

Czym Pani zajmuje się obecnie?

Automatycznym projektowaniem sprzętu techniki komputerowej. Ale zaczynam nową specjalizację: metody programowania i zagadnienia symulacji.

Potrafi Pani przystosować się teraz do życia od godziny do godziny, do pewnego rygoru i codzienności?

To będzie na pewno doskwierało, choć od takiego rygoru zaczynałam. Myślę, że zdołam się nagiąć, mimo tego długiego okresu swobody.

Chyba względnej swobody? Bo długotrwałe wyprawy narzucają jednak pewne ograniczenia?

Tak, ale innego rodzaju… Jeżeli cokolwiek robię, to angażuję się w to bardzo mocno. I jak koń z klapkami idę do przodu, nie oglądając się na boki. Myślę, że ten sposób traktowania spraw zawodowych pozwoli mi na przyzwyczajenie się do wszystkich niedogodności, wynikających z „osiadłego trybu życia”. Zresztą, dla pracy zawodowej rezygnuję z dużych wypraw.

Ale to nie jest rezygnacja z gór w ogóle?

Nie, skądże! Ze wszystkich gór, które znam, w Tatrach wspinałam się najrzadziej. Tak więc z przyjemnością będę teraz chodziła w Tatrach. Chciałabym też pójść na kilka klasycznych dróg alpejskich, o bogatej historii, które są mi bliskie i znane z opowiadań, literatury – północna ściana Eigeru, Filar Walkera… Muszę tylko trochę potrenować, bo wspinaczka skalna wymaga jednak ciągłej kondycji i dużej sprawności.

Właśnie, co Pani robi, mieszkając w Warszawie, aby na co dzień utrzymać dobrą formę?

Jest to bardzo trudne. Nie ma właściwie specjalnego treningu dla alpinistów. Trzeba go sobie samemu organizować. Ja przeważnie biegam. Albo blisko domu – mieszkam na osiedlu Wilanów – albo jeżdżę do Konstancina i tam biegam po lesie. Czasem jeżdżę konno.

 Dlaczego woli Pani wspinaczkę w zespołach żeńskich? Czy łatwiej dogadać się z dziewczynami, czy może chcecie pokazać, że nie jesteście gorsze od mężczyzn?

Porozumienie w górach jest niezależne od płci. Czasem wspinaczka w zespole męskim jest weselsza. Na wyprawie na Gasherbrumy w roku 1975 brały udział dwa niezależne zespoły, żeński i męski. Jedna z moich koleżanek powiedziała: „Wiesz, Wanda, gdybyśmy tu były same, byłoby znacznie nudniej!”A czy chcemy udowodnić, że jesteśmy równie dobre jak nasi koledzy? Nie o to chodzi. Mnie osobiście wspinanie się w zespole kobiecym daje największą satysfakcję. Same decydujemy o sobie. Bo obecność męskiego partnera na linie, czasem nieświadomie, uwalnia od myślenia o przebiegu wspinaczki. Zwłaszcza gdy jest się drugą na linie.

W wyprawie na Gasherbrumy była Pani kierownikiem wyprawy. Czy jako kierownik nie ogranicza Pani swoich szans udziału w ataku szczytowym?

Uważam siebie za jedną z tych, które mogą wejść na szczyt. Planowałam więc akcję uwzględniając siebie. Kierownik w takich przypadkach podejrzewany jest raczej o nadużywanie władzy i forowanie siebie niż o ograniczanie swoich ambicji. Ale gdybym teraz kierowała wyprawą, raczej ograniczałabym własne ambicje sportowe na rzecz innych, aby swobodniej kierować akcją. Po trzech latach brania udziału w wyprawach w góry wysokie, moje koleżanki nabrały takiego doświadczenia, że znacznie więcej z nich ma szansę na sukces.

A przedtem?

Każda uczestniczka wyprawy na Gasherbrumy miała własne osiągnięcia, ale nigdy nie działały w grupie. Brały udział w różnych wyprawach męskich i z nich zapożyczały pewien styl bycia w górach. Nie wypracowały własnych metod działania w zespole kobiecym. Ale jeżeli ktoś ma inicjatywę we krwi i czynny stosunek do wyprawy, to zawsze będzie szukał dodatkowego obciążenia, a nie ustawiał się na pozycji biernego uczestnika. Kobieta biorąca udział w wyprawie męskiej częstokroć traktowana jest jak beniaminek, a czasem, choć może nieświadomie, sama odgrywa taką rolę.

Czy i Pani się to przytrafiało?

Ja byłam raczej rarogiem. Uwidoczniło się to szczególnie w wyprawie na Everest.

W jaki sposób?

Chciałam być pełnoprawnym członkiem wyprawy, zarówno pod względem nakładanych na mnie obowiązków, jak i udziału w podejmowaniu decyzji. Moi koledzy nie byli przyzwyczajeni do takiej sytuacji. Dbali o to, bym ponosiła jednakowy ciężar obowiązków, a jednocześnie drażniło ich, że potrafię dać sobie radę. Jeżeli robiłam coś ponad normę, uważali, że staram się udowodnić, że jestem lepsza niż ich wyobrażenie o mnie. Natomiast jeżeli czegoś nie zrobiłam, bo akurat byłam chora, nie stosowano wobec mnie żadnej taryfy ulgowej.

A gdzie braterstwo ludzi gór?

Na tej wyprawie mało było braterstwa. Przynajmniej w stosunku do mnie. Mogę to spokojnie powiedzieć. Ale już przywykłam do trudnych sytuacji. Wiedziałam, że mogę liczyć tylko na siebie i kilku przyjaznych ludzi, którzy jednak się znaleźli. Najdziwniejsze jest to, że przeciwko mnie byli ci najlepsi w zespole, a przecież ci najlepsi są zazwyczaj wyrozumiali i tolerancyjni, bo znają swoją wartość i nie boją się porównań. Tym razem tak nie było.

Chyba dlatego, że nie byli przyzwyczajeni do kobiet mojego typu. Ich model kobiety alpinistki jest zupełnie inny. Jest to przeważnie żona, narzeczona, dziewczyna. Ja byłam bez „męskiego ramienia”, a na domiar złego miałam być drugim zastępcą kierownika wyprawy i operatorem akcji szczytowej. Od samego początku ustawiało mnie to na straconej pozycji, jeśli chodzi o miejsce w zespole. Nie zaakceptowano mnie jako partnera, a straciłam miejsce, jakie mi podświadomie wyznaczyli.

Mimo wejścia na szczyt?

Tym gorzej, że weszłam.

Czyli ta wyprawa pozostawiła w Pani mieszane uczucia? Ogromna radość, ale z jakimś osadem?

Radość jest nieustanna… A osad? Cóż, kiedy znalazłam się na szczycie, wszystko inne straciło znaczenie.

Dlaczego właśnie Panią zaproszono do udziału w wyprawie na Mount Everest?

W roku 1975, kiedy byłam kierownikiem wyprawy na Gasherbrumy, w Islamabadzie poznałam Karla Herrligkoffera. Nasz wspólny sukces, a sądzę, że i późniejsze, na przykład na Matterhornie, spowodował, że Herrligkoffer podtrzymał zaproszenie. Mój udział w wyprawie został zaakceptowany przez Polski Związek Alpinizmu, skąd otrzymałam część funduszy na opłacenie kosztów uczestnictwa.

Trzy lata miała Pani przed sobą górę gór.

Naprawdę to przez dwa lata Everest wydawał się nierealny. Dopiero w ostatnim roku mogłam wierzyć, że tam będę. Już w roku 1974 mogłabym o nim myśleć, gdybym brała udział w wyprawie na Lhotse i gdyby uzyskano wówczas również zezwolenie na pobliski Everest. Ale zezwolenie było tylko na Lhotse, a w wyprawie udział wzięła Anna Okopińska.

Była wówczas lepsza od Pani?

Jedni są dobrzy w górach wysokich, inni na drogach skalnych. Anka jest znakomita w górach wysokich. Ja jestem jednocześnie stosunkowo dobra i w górach wysokich, i we wspinaczce typu alpejskiego. W górach wysokich Anka jest zdecydowanie lepsza, jest wytrzymalsza i ma większe możliwości ostrego pójścia w górę. Ale chyba ja jestem twardsza i mam więcej woli walki.

Miała Pani górę swych marzeń?

Od czasu, gdy Everest stał się realny, był szczytem mego życia.

Nie jest Pani trochę żal, że jest on już przeszłością?

Everest na pewno przyspieszył moją rezygnację z dużych wypraw. Gdyby nie on, miałabym niedosyt gór i nie wiem, czy rezygnacja przyszłaby mi łatwo. A tak jest ładny akcent na zakończenie. Może pojadę jeszcze na jakąś wyprawę kobiecą, ale już tylko jako uczestniczka. Organizowanie wypraw w naszych warunkach zabiera zbyt wiele czasu.

Czy nie sądzi Pani, że współczesny styl wspinania – chodzi mi przede wszystkim o drogi skalne – jest zbyt „utechniczniony”? Te drogi hakowe, niemożliwe do przejścia bez sztucznych ułatwień… Już chyba tylko góry najwyższe pozostały ostoją wartości najbardziej autentycznych, wręcz pierwotnych?

Trudno mówić o tak ewidentnym podziale. W górach wysokich, które zdobywa się systemem ekspedycyjnym, chodzi się w bardziej naturalny sposób – lina służy do asekuracji, nie ma nitów, haków. Ale z kolei te najwyższe góry zdobywa się przy użyciu tlenu. Podczas wchodzenia na Everest również przyjmowałam tlen. Czułam się jednak tak, jak gdybym na drogę skalną szła z wiertłem i nitami. Było w tym coś sztucznego.

Po raz pierwszy wchodziła Pani z tlenem?

Tak. Tlen był jakimś zakłóceniem w naturalnym rytmie zdobywania szczytu. A czy góry wysokie są ostatnią możliwością chodzenia w sposób względnie naturalny? Teraz już nie. Był taki okres w alpinizmie, że korzystano nadmiernie ze sztucznych ułatwień – mnóstwo nitów, „wędki”. Cenione były przede wszystkim skomplikowane drogi hakowe.

Lecz od kilku lat występuje bardzo pozytywny kierunek – pokonywanie trudności wyłącznie za pomocą „naturalnych środków” – rąk i nóg. Tylko skała jest chwytem i stopniem. W dużej mierze jest to wpływ wspinaczy brytyjskich. W szkołach Wielkiej Brytanii sale gimnastyczne mają ściany wspinaczkowe. Stąd zamiłowanie do „czystej wspinaczki”. Zjawisko powrotu do klasycznych sposobów zdobywania ścian jest szczególnie charakterystyczne dla wspinaczki samotnej.

 Panuje opinia, że samotne chodzenie nie jest naturalne, że góry wymagają jednak współdziałania, jeżeli już nie fizycznego, to przynajmniej psychicznego.

Jeżeli można samotnie żeglować, to dlaczego nie można samotnie wspinać się? Nie narzucałabym nikomu sposobu chodzenia po górach. Owszem, duże wyprawy wymagają działania w zespole. Ale chodzenie w zespole na drogach skalnych wynika chyba przede wszystkim z zasad bezpieczeństwa. Na samotne wspinanie mogą sobie pozwolić ci, którzy wiedzą, na co ich stać. Przygoda z górami jest zawsze przygodą jednego człowieka.

Od techniki uciec się jednak nie da...

Tak, dociera ona nawet w góry najwyższe. Grupa francuska, biorąca udział w tegorocznej wyprawie na Everest, miała łączność satelitarną z Paryżem. Ze szczytu nadawano bezpośrednią transmisję w radio paryskim w ramach programu „Symfonia”, który umożliwia łączność telefoniczną i przekazywanie programów telewizyjnych. Po raz pierwszy do sieci tej został włączony radiotelefon. Dzięki temu systemowi mogliśmy również wysyłać teleksy. Już podczas trwania wyprawy zamówiliśmy brakujące maski tlenowe, które zdążyły nadejść po trzech tygodniach.

Technika ma szczególne znaczenie przy wypadkach. W naszej sytuacji przybycie helikoptera mogło nastąpić po dwóch godzinach od momentu wezwania. Umożliwiała to łączność radiowa obozów z bazą, a bazy z Kathmandu. Jednak nawet zdobycze najnowszej techniki w górach wysokich czasem nie na wiele się przydają. Byłam tego świadkiem. Opuszczałam bazę i kiedy byłam od niej w odległości kilometta, z przełęczy Lho-La zeszła tak olbrzymia lawina, że pył śnieżny przez nią wzbity utworzył coś w rodzaju chmury, która zawisła nad bazą. W tym momencie zbliżał się do bazy helikopter alouette. Kiedy pilot spostrzegł tę ogromną chmurę, natychmiast zawrócił. I całą technikę diabli wzięli.

Gdy pogoda nie pozwoliła na atakowanie Everestu, Pani z kolegami postanowiła iść na Lhotse. Nie było Pani żal?

Wychodziłam z założenia, że lepszy rydz niż nic. Było wiadomo, a przynajmniej tak się wszystkim wydawało, że zdobycie Everestu nie powiedzie się. W obozie drugim panował nastrój odwrotu. Zastępca kierownika szykował się już do zejścia i likwidacji górnych obozów. Decyzja pójścia na Lhotse była wyłącznie naszą inicjatywą – moją i Willy’ego Klimka. Nie chciałam wracać z gór bez niczego. Wejście na Everest, nawet z partnerem i Szerpami, przy tej pogodzie było niemożliwe. Wymagałoby skomplikowanego transportu tlenu i odpowiedniego ruchu Szerpów. Założyliśmy, że na Lhotse wiatr będzie słabszy. Poza tym Lhotse jest trzysta metrów niższy. W najgorszym przypadku poszlibyśmy z jedną butlą tlenu, byle dojść. Nie zakładalibyśmy również obozu – planowaliśmy tylko biwak pod kuluarem i atak z marszu.

Nagła poprawa pogody…

I zamiast w prawo, poszliśmy w lewo.

Czy na szczyt wniosła Pani jakiś talizman, maskotkę albo coś w tym rodzaju?

Wniosłam kamyk ze skałek, gdzie stawiają pierwsze kroki i trenują polscy taternicy. Początkowo miał to być kawałek Rysów, ale tak też jest dobrze. Na szczycie miał również pozostać jeden z biało–czerwonych proporczyków, ale, niestety, wiatr zwiał go na sttonę chińską. Do Polski wrócił drugi proporczyk i kamyk z południowego szczytu, jako że wierzchołek główny znajdował się pod trzymetrową warstwą śniegu.

Mallory, który jako jeden z pierwszych próbował zdobyć Everest i który zginął przy tej próbie, zapytany, dlaczego idzie na ten szczyt, odpowiedział: „Dlatego, że jest”. Czy podpisałaby się Pani pod tą odpowiedzią?

Podpisuję się. Bo wszelkie dorabianie ideologii do tego, że człowiek się wspina, jest zarazem i prawdziwe, i sztuczne. Jest wiele przyczyn, dla których to robimy. Ale opisać je, powiedzieć, która jest najważniejsza… I dlatego niech tak zostanie – wchodzimy na góry dlatego, że są.