CHRISTINE DE COLOMBEL: Góry nigdy się nie kończą

Z Christine de Colombel, francuską dziennikarką i alpinistką, uczestniczką pierwszej polskiej wyprawy kobiecej na K2 w roku 1982, rozmawia Ewa Matuszewska.

Jak z nadmorskiej Normandii trafia się w Alpy i Himalaje?
To oczywiste, że najpierw było w moim życiu morze. Urodziłam się normandzkim Rouen, spędzałam sporo czasu na żeglowaniu u wybrzeży Bretanii, jednak pewnego dnia obejrzałam film Maurice’a Herzoga o zdobyciu Annapurny. I wtedy postanowiłam, że muszę poznać góry.

Miało to dla ciebie jakieś znaczenie, że pierwszy ośmiotysięcznik w historii himalaizmu został zdobyty przez alpinistów francuskich?
Nie miało to żadnego znaczenia. Urzekła mnie jednak atmosfera wysokich gór, wiecznego śniegu i lodu.

Pamiętasz swoją pierwszą wspinaczkę?
W mojej rodzinie wszyscy żeglowali, więc szukałam jakiejś organizacji, która umożliwiłaby mi poznanie gór. Znalazłam, ale zanim wybrałam się w góry, spadłam ze schodów i złamałam obie nogi w kostkach. Więc góry musiały poczekać. Jedna z sióstr, Veronique, starsza o rok, po pewnym czasie postanowiła mi towarzyszyć w górach. Umiejętności techniczne nabyłam na dwutygodniowym kursie z przewodnikami górskimi. Nauczyłam się techniki wspinania, posługiwania się sprzętem, zasad zachowania bezpieczeństwa.

Kiedy zaczęły się góry wysokie?
Pod koniec tego kursu Véronique  i ja postanowiłyśmy, że będziemy się wspinać razem. Dotarłyśmy do schroniska w Alpach i zapowiedziałyśmy, że wybieramy się na wspinaczkę. Kierownik schroniska powiedział: „Nie zrobicie tego!” – a my na to, że zrobimy. Uparłyśmy się i poszłyśmy. Doszłyśmy aż na 4 tysiące metrów, przez lodowiec, w śniegu. Bardzo nam się to spodobało…Zanim wyruszyłam w Himalaje, w rejonie Chamonix przeszłam później wiele trudnych dróg solo, po stronie włoskiej wspinałam się również na Mont Blanc.

W Alpach spotykałaś się z polskimi wspinaczami, na przykład z Andrzejem Mrozem.Ale przedtem spotkałam Genka Chrobaka i Wojtka Wróża. Polacy wspinali się na północnej ścianie Piz Badille w tym samym czasie, co my. Była wtedy bardzo brzydka pogoda, spadające kamienie przecięły im liny. Weszłyśmy na szczyt, a potem spotkaliśmy się w dolinie. Nie mieli zapasowych lin, zaprowadziłyśmy więc ich do sklepu ze sprzętem górskim i właściciel pożyczył im liny. A potem spotkaliśmy się w Taconnaz, w pobliżu Chamonix. Było to na długo przedtem, nim poznałam Wandę…

Myślałaś wtedy, żeby się wspinać tylko z kobietami?
Nie, we Francji nie było takiego nurtu we wspinaczce. Nie miałam żadnego problemu z tym, by wspinać się z mężczyznami. Dopiero potem, powoli, nadeszła fala feminizmu w alpinizmie.

Kiedy wyruszyłaś w Himalaje i który był pierwszy himalajski szczyt?
Zanim wyruszyłam w Himalaje, dużo jeździłam na nartach, wspinałam się na trudnych drogach alpejskich. Himalaje zaczęły się od trekkingu wokół Annapurny, co było spełnieniem moich marzeń. Podczas tego trekkingu zaliczyłyśmy szczyt o wysokości około 7 tys. metrów. Potem w roku 1980 była wyprawa w Karakorum, na Masherbrum (7821 m). Byłam tam tylko z przyjaciółką, nasza wyprawa miała charakter tak zwanej wyprawy w stylu alpejskim, lekkiej. W bazie nikt na nas nie czekał.

Nie bałyście się? Nie chodzi mi o góry, tylko o sytuację kobiet w kraju muzułmańskim.
Nie miałyśmy z tym żadnych problemów. Kilku tragarzy doniosło sprzęt do bazy, ale potem zostałyśmy same, nawet bez oficera łącznikowego. Nie byłyśmy jednak tak bardzo osamotnione, bo z najbliższej wioski, oddalonej od naszej bazy o kilka dni marszu, przychodził niekiedy kucharz i przynosił nam rodzynki. A w tym czasie my byłyśmy na górze, więc zostawiał rodzynki w bazie. Potem pogoda pogorszyła się, a gdy spotkaliśmy się w końcu w bazie, nasz „dostawca” rodzynek powiedział, że gdybyśmy nie wróciły na czas, poszedłby do góry, by nam pomóc.

W 1980 Masherbrum, a w 1982 polska, kobieca wyprawa na K2, kierowana przez Wandę Rutkiewicz? Co wiedziałaś o niej przed wyprawą?
Kiedy zobaczyłam Wandę po raz pierwszy, nic o niej nie wiedziałam. To było pod koniec lat sześćdziesiątych, na spotkaniu alpinistek w Szwajcarii. Wanda była wtedy z Haliną Krüger-Syrokomską . Polubiłyśmy się, bardziej jednak z Haliną, która później przyjechała do mnie do Paryża. Potem Wanda zaprosiła mnie do Polski, do Morskiego Oka. Na kolejnym spotkaniu alpinistek w Alpach zapadła decyzja, że zorganizuje się kobiecą wyprawę na K2. We Francji załatwiłam część wkładu dewizowego, miedzy innymi z Ministerstwa Praw Kobiet i Agencji Fotograficznej GAMMA, a także część żywności i sprzętu. Wanda zapewniła resztę wyposażenia w sprzęt z Polski.

Wierzyłaś w powodzenie tej wyprawy?
Tak, choć wiedziałam, że Wanda nie będzie zdobywała szczytu. A ona z pewnością miałaby szanse. Po wypadku na Elbrusie i złamaniu nogi, szła o kulach pod K2. Z bazy nie wychodziła wyżej.

Pytałam Wandę, czemu zdecydowała się na udział w wyprawie na K2 tych alpinistek, z którymi miała konflikty na wyprawie w roku 1975, na Gasherbrumach. Odpowiedziała, że po prostu są one najlepsze.
Wanda dzieliła alpinistki na najlepsze i nieco gorsze, nie chciała też widzieć problemów psychologicznych z tego podziału wynikających. Dla niej istniały tylko problemy organizacyjne. Ważny był cel, do którego należało konsekwentnie dążyć.

Podobno otrzymałaś ksywkę „Butterfly”? Tak różniłaś się od pozostałych uczestniczek?
Nie o to chodziło. Nazwali mnie tak koledzy z wyprawy Janusza Kurczaba, bo zwrócili uwagę, że bardzo szybko poruszam się, jakbym fruwała.

Miałaś trudności adaptacyjne w zespole ze względu na barierę językową albo różnice w mentalności?
Bariera językowa nie była prawdziwym problemem. Z pewnością były jakieś sprawy, których nie dostrzegałam, ale nie cierpiałam przez to…Byłam otwarta od samego początku i teraz jest tak samo. Znałam już wcześniej Polaków, jednak jeśli chodzi o techniczne sprawy, sposób wspinania się – w tym się różniłyśmy. Ponieważ Polki wspinały się bardziej „na ciężko”, były zależne od organizacji, różnie podchodziłyśmy do przestrzegania zasad bezpieczeństwa. Na przykład – o określonej godzinie należało nawiązywać łączność radiową z bazą. Gdy nadchodziła ustalona godzina, nieraz trzeba było zatrzymać się na niebezpiecznym, śnieżnym stoku. Ja stanęłabym tam tylko na pięć minut, by uniknąć choćby prażącego promieniowania słonecznego. Dziewczyny jednak bardzo skrupulatnie przestrzegały godzin łączności, nie bacząc na to, gdzie akurat się znajdowały… Cóż, miały inny styl wspinania się.

Może te rygorystyczne zasady były konieczne na tak trudnym szczycie jak K2?
Jednak we Francji zaczynał się już wówczas styl alpejski w Himalajach, wchodzenie na lekko, w miarę szybko. Odpowiadał mi taki sposób działania. Bardzo dużo dyskutowałyśmy na ten temat z Wandą i Haliną w bazie…Teraz już wszyscy wspinają się ten sposób.

W swojej książce „Voix de femmes au K2”, wydanej w roku 1984, dość krytycznie oceniałaś Wandę, za to miałaś wyraźną słabość do Haliny Krüger-Syrokomskiej i Ani Okopińskiej.
Różnie bywało między nami…Przede wszystkim Anka i Halina mówiły po francusku. Wanda lubiła rządzić, lubiła panować nad wszystkim, co nie zawsze było możliwe, przecież są różne sytuacje, których nie można przewidzieć.

Sądzę, że szefowa tak trudnej wyprawy musi mieć chyba sporo cech dyktatorskich.
To prawda, ale…

Wanda musiała się liczyć z tym, że nie wszystkie jej posunięcia będą akceptowane.
Oczywiście, rozumiałam jej postawę, ale to nie był dla mnie problem. Za to interesujące było, że wszystkie dziewczyny miedzy sobą dyskutowały, z Wandą też. Z różnym skutkiem zresztą.

Halina była zastępczynią Wandy i, w przeciwieństwie do kierowniczki, mogła pójść do góry. Znała lepiej nastroje w zespole i czy jej opinie miały jakiś wpływ na decyzje Wandy?
Wanda miała trudności z podjęciem definitywnych decyzji. Może nie mówiła o tym, ale było to wyraźnie widoczne. Trudno mi powiedzieć, jak układała się współpraca między Wandą i Haliną.

Przychodzi najgorszy moment wyprawy – śmierć Haliny.
To było straszne. Halina była w obozie II z Anką Okopińską… Bardzo szybko dowiedziałyśmy się o jej śmierci. Nie mogłyśmy same znieść ciała Haliny do bazy i trzeba było poprosić o pomoc kolegów z innych wypraw.

Pamiętam film „Wspomnienie z K2”, ilustrowany muzyką Jeana Michele’a Jarre’a „Wspomnienie z Chin”. Widziałam, jak podczas pogrzebu przy ciele Haliny został złożony bukiecik, ale nie wiedziałam, że te kwiatki ty zebrałaś.
Tylko tyle mogłam dla niej zrobić…To były ciężkie chwile dla całej wyprawy…

Jednak dziewczyny zdecydowały się nadal walczyć. Jakie było twoje zdanie na ten temat?
Uważałam, że trzeba kontynuować wyprawę – dla Haliny. Jednak fatalna pogoda – minus czterdzieści stopni i silne wiatry – zmusiła nas do zmiany decyzji.

Wasza wyprawa miała wpływ na to, że cztery lata później Wanda stanęła na szczycie K2?
Zawsze pierwsze doświadczenie pomaga. Można powiedzieć, że Wanda już wtedy zaprzyjaźniła się z górą, oswoiła się z nią.

Miałaś później jeszcze jakieś kontakty z polskimi himalaistami?
Byłam na wyprawie Jurka Kukuczki w roku 1987 na Shisha Pangma, w Tybecie. Dzięki Małgosi Bilczewkiej-Fromenty  z Paryża zawsze miałam wiadomości, co się dzieje się w polskim środowisku wspinaczkowym. Małgosia zajmowała się szukaniem sponsorów dla Jurka Kukuczki i gdy spotkałyśmy się w Paryżu, zapytała czy chcę pojechać na wyprawę z Jurkiem. Podczas tej wyprawy Kukuczka zdobył swój czternasty, ostatni w Koronie Himalajów, ośmiotysięcznik. Było po tym wejściu wielkie świętowanie w bazie…

Kiedy skończyły się dla ciebie wyczynowe Himalaje?
W 1990 roku. Na Mount Evereście zakończyłam moją himalajską przygodę, osiągając wysokość 8400 m. Poszłam tam przede wszystkim po to, by napisać książkę. Pracowałam wówczas w wydawnictwie Galimard i dostałam zgodę na dwumiesięczny wyjazd w Himalaje.

Co było ważniejsze w twoim życiu – góry czy ludzie?
Góry zawsze liczyły się dla mnie tylko z ludźmi. Nie planowałam, nie miałam programu na zdobywanie określonych szczytów. Chciałam chodzić po górach z przyjaciółmi, z himalaistami, którzy byli mi bliscy. Dlatego byłam zaszczycona i szczęśliwa, mogąc uczestniczyć w wyprawach z Polakami. To była piękna przygoda.

Czy przez lata, które minęły od wyprawy na K2, obserwowałaś alpinistyczną karierę Wandy? Przewidywałaś, w jakim kierunku to pójdzie?
Byłam absolutnie pewna, że Wanda zginie w górach. Była tak bardzo zdeterminowana. Pod koniec życia Wandy rzadziej ją widywałam, nie znałam już tak dobrze wszystkich jej osiągnięć. Wielką samotność Wandy odkryłam i zrozumiałam po przeczytaniu przetłumaczonej na francuski książki Bernadette McDonald „Ucieczka do wolności”. Ucieszyłam się, kiedy spotkałam Bernadette w Zakopanem, na Spotkaniach z Filmem Górskim. Bardzo rzadko jeżdżę na festiwale górskie, mam za dużo pracy. Dlatego też nie poznałam wcześniej Bernadette.

Góry są nadal obecne w twoim życiu?
Nie tylko góry mnie interesują, coraz więcej czasu poświęcam kwiatom. Zainteresowanie botaniką odziedziczyłam po ojcu. Nie był wprawdzie botanikiem, ale pracował w ministerstwie ochrony środowiska. Działał na rzecz zachowania wybrzeży morskich i rezerwatów naturalnych Francji…Ale góry nigdy nie kończą się, od nich nie ma ucieczki…

Zakopane, 2 września 2016, Spotkania z Filmem Górskim

Fot. archiwum Christine de Colombel

Dziękuję Kasi Józefowicz za pomoc w przeprowadzeniu i przetłumaczeniu rozmowy z Christine de Colombel.

W roku 1982 na K2 działały dwie polskie wyprawy: wyprawa kierowana przez Janusza Kurczaba (próba przejścia północno-zachodniej grani) i pierwsza polska wyprawa kobieca pod kierownictwem Wandy Rutkiewicz (droga pierwszych zdobywców tzw. Żebrem Abruzzów). Obie wyprawy zakończyły się niepowodzeniem z powodu fatalnych warunków atmosferycznych.

Pierwszym polskim (i pierwszym kobiecym) wejściem na K2 było zdobycie szczytu przez Wandę Rutkiewicz 23 czerwca 1986 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *