Mariusz Koperski: Róbta, co chcemy, czyli dyktatura po polsku

Chyba nikomu z tych, którzy Jurka Owsiaka odsądzali od czci i wiary za hasło „Róbta, co chceta”, nie przyszło do głowy, że odnosi się ono także do nich.

 

Wyszydzane i potępiane, było jednak spontanicznie wyrażonym symbolem wolności myśli i przekonań nieograniczonych przecież do wąskiego kręgu liberałów, czy ludzi młodych. Po prostu, niech każdy myśli i robi to, na co ma ochotę. A każdy to każdy. I na tym polega zasadnicza różnica między „ich” a „naszym” światem – w tym naszym było/jest miejsce na wszelkie przekonania, idee, wizje, pomysły na życie, w tym ich – dla nas już miejsca brakuje. Bo niby jesteśmy Polakami, ale okazuje się nagle, że takimi jakimiś niedopasowanymi, gorszymi, niegodnymi.

Czasami myślę, że filozofom i teologom PIS-u marzy się stworzenie wzorca Polaka, jakiegoś szablonu, przez który przepuściliby cały naród, by raz na zawsze ustalić, kto jest prawdziwy, a kto nie. Stałoby to ustrojstwo gdzieś na ulicach, w szkołach, w urzędach, a może nawet w teatrach i musielibyśmy się przez to przecisnąć, by zasłużyć na miano Polaka. Ciekawe tylko, co zrobiliby z tymi, którzy by się jednak nie przecisnęli. Madagaskar, Synaj, czy może jakaś inna, nowa lokalizacja? Czy po prostu musieliby zostać po drugiej, gorszej stronie ulicy?

Cały czas zadaję sobie pytanie, czy wielki wizjoner PIS ma jakiś pomysł na jutro. To znaczy, czy zastanawia się nad tym, jak będziemy żyć po tych wszystkich polsko-polskich wojnach, które są obecnie wypowiadane i toczone. Po tych kalumniach rzucanych na – jak by nie było – znaczną część narodu? Czy jest w jego głowie plan na czas pokoju, czy wręcz przeciwnie, ma to gdzieś, i skłania się ku apokaliptycznemu „po nas choćby potop”? Czy może, jak w radzieckiej rewolucji, potrzebna jest najpierw „dyktatura proletariatu”, żeby wyczyścić naród z wrogów, a potem, kiedyś nastąpi raj na polskiej ziemi? Wyobrażacie sobie ten raj? Trudna sprawa, co?

À propos dyktatury, podobno histeryzujemy. Może tak, może nie. Problem w tym, że dziś nie możemy tego na pewno wiedzieć, a jutro może być za późno.

Po pierwsze, nie musi to być od razu coś na miarę Hitlera, Stalina, czy choćby Franco. Czasy się zmieniły, granice wolności przesunęły, i to, co wczoraj mogło uchodzić za akceptowalne ograniczenie swobód, dziś jest zamachem na nie. Dziś potrzebujemy wolności więcej, nauczyliśmy się traktować ją w sposób oczywisty jako coś, co się nam należy. I bronimy tego, bo mamy do tego prawo. Jeszcze raz: MAMY DO TEGO PRAWO!

Po drugie, nie znamy intencji rządzących. Musielibyśmy zaufać bezgranicznie PIS, wierząc, że chcą (także) naszego dobra. Mnie osobiście przychodzi to z trudem, gdyż na co dzień nazywany jestem zdrajcą i kanalią. No dobrze, nie ja konkretnie, tylko mój sort. Ale i tak czuję się dotknięty.

Po trzecie, historia jest po to, by się z niej uczyć. Dyktatorzy zawsze mówią o dobrych intencjach. Zmiany, które przeprowadzają, zawsze niby służą społeczeństwu. Kluczem do dyktatury jest zawsze zmiana prawa, by nadać jej znamiona legalności. Dyktatury zawsze starają się przejąć stopniowo wszelkie obszary życia i kształtować je według własnej modły.

Stwarzają presję społeczną, uzależniają od siebie obywateli, by nimi manipulować. Starają się zdominować media, mieć wpływ na wychowanie dzieci i młodzieży. Znajdują jakiegoś zewnętrznego wroga lub najczęściej wielu, by zrzucić na nich winy za swoje porażki. Dokonują czystek i zastępują usuniętych swoimi sługusami. Dają więcej chleba i organizują igrzyska, żeby naród miał się czym zająć i nie przejmował się utratą wolności. I zawsze, ZAWSZE mówią, że robią to dla naszego dobra.

Więc ja mówię: Róbta co chceta, ale ja im nie wierzę!

Fot. KRONOS MEDIA