MARIUSZ KOPERSKI: Jak wylądowałem w kryminale

Najważniejszy jest tekst.

Nawet jeśli dziś wielu twierdzi, że jest inaczej. Ja jednak głęboko wierzę, że słowa i historia nimi wyrażona pozostają najważniejsze. I nie o wszystkim decydują media, krytycy i pieniądze wpompowane w promocję. Może to brzmi dość pompatycznie powiedziane przez kogoś, kto napisał raptem dwa małe kryminały, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że – po pierwsze, myślałem tak (przysięgam!), zanim napisałem choćby zdanie, a po drugie – że tekstów powstało więcej, ale tylko te dwa udało się wydać.

Tak, przyznaję się, byłem „szufladowym pisarzem”. W ogóle bardzo długo żyłem w przekonaniu, że piszą wszyscy lub prawie wszyscy, tylko nikt nie chce się przed nikim przyznać, sądząc, że to obciach. Jeszcze prozaicy jakoś by się wybronili, ale poeci mieliby przekichane. Oczywiście, trochę się pomyliłem w rachunkach, chociaż nie tak znowu bardzo, bo ten i ów (lub ta i owa) przyznawali się wreszcie do małego wierszyka lub opowiadanka.

Jest taka scena w opowiadaniu „Tonio Kröger” Tomasza Manna: podczas pewnego przyjęcia odbywającego się w nobliwym, mieszczańskim towarzystwie, nagle o głos prosi jeden z gości, młody oficer. Ku zaskoczeniu wszystkich zgłasza chęć odczytania wiersza, który sam napisał. Wystąpienie młodzieńca budzi ogólną konsternację, choć oficjalnie zebrani klepią go z aprobatą po ramieniu i chwalą wiersz.

Czyni to także Tonio Kröger, świadek tego zdarzenia, sam będący od lat pisarzem. Ale w rzeczywistości jest zdruzgotany. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego szanowany obywatel dobrowolnie zrezygnował z bycia „panem świata”, by stać się artystą, outsiderem w poukładanym, mieszczańskim świecie. Wie bowiem, że ten coming-out będzie młodzieńca drogo kosztował, i że nie ma od niego odwrotu – już na zawsze pozostanie kimś z łatką artysty.

Opowiadanie Manna dzieje się pod koniec XIX w. i oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło – mieszczaństwo jest trochę  mniej drobnomieszczańskie, a artyści mają w sobie mniej z szalonej i podejrzanej bohemy, ale zdziwienie, które towarzyszyło mojemu coming-outowi przypomniało mi historię Tonio Krögera, pisarza, który całe życie błądzi niespełniony między dwoma światami: zwykłych obywateli i artystów.

Z drugiej strony rozumiem dobrze oficera z wierszem, bo jest coś pociągającego w możliwości pokazania innym kawałka swojego świata, odsłonięcia się, uchylenia rąbka własnej tajemnicy. A do tego można na chwilę krótszą lub dłuższą stanąć w centrum uwagi, krzycząc: Spójrzcie! Tu jestem i mam coś do powiedzenia! A chyba każdy lubi, gdy się go od czasu do czasu wysłucha. Ot, taka już nasza ludzka natura.

Nie potrafię już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wybrałem kryminały. Może to była jakaś wyjątkowa chwilowa inspiracja (moje podejrzenia wspierane mglistymi wspomnieniami krążą dziś wokół Henninga Mankella i Marka Krajewskiego), a może trochę cyniczne wyrachowanie i wyczucie zbliżającej się koniunktury na tak zwane miejskie kryminały? Na pewno miało to coś wspólnego z historiami, które na co dzień przeżywałem w Zakopanem i ludźmi, których tu spotkałem.

Jedno i drugie postrzegałem jako marnotrawstwo materiału na „dobrą historię”, więc ciągle świerzbiła mnie ręka. Oczywiście, mogłem napisać po prostu powieść, ale od zawsze trwam w przeświadczeniu, że w każdej dobrej książce musi tkwić jakaś tajemnica, a kryminały jak żadne inne książki żywią się tajemnicą. Zresztą uważam, że nie ma się czego wstydzić, a na wsparcie tej tezy mam kilka przykładów z historii literatury.

To po pierwsze pisarze, którzy z literatury kryminalnej uczynili sztukę – Agatha Christie, Edgar Allan Poe albo Raymond Chandler . Po drugie ci, którzy od kryminałów zaczynali, by potem przejść do rzeczy bardziej ważkich. Tu za przykład posłużyć może Bernhard Schlink, autor sławnego „Lektora”, który zaczynał od powieści kryminalnych ( nie wiecie? no właśnie) i w Niemczech zdobył w tej dziedzinie niemałą renomę.

Poza tym jest kilku wielkich literatury, którzy z kryminałami od czasu do czasu flirtowali – Umberto Eco („Imię Róży”), Friedrich Dürrenmatt („Sędzia i jego kat”, „Podejrzenie”, „Obietnica”), czy Maria Vargas Llosa („Kto zabił Palomina Molero?”). Towarzystwo, przyznajcie sami, nienajgorsze, więc prężę dumnie pierś i piszę kolejną część zakopiańskiej powieści kryminalnej.

Pisarz przeze mnie uwielbiany ponad wszystko, Mario Vargas llosa powiedział kiedyś o swojej powieści Rozmowa w „Katedrze”: „Żadna inna powieść nie przysporzyła mi tyle trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę”. No cóż, ja dla żadnej z moich dwóch książek nie zaryzykowałbym nawet małego oparzenia, ale głęboko wierzę, że kiedyś napiszę coś, po co będzie warto wskoczyć w ogień. Inna sprawa, że przy pisaniu obu świetnie się bawiłem i nie przypominam sobie, żeby mnie cokolwiek kosztowały. Więc może i tu zachodzi prawidłowość – rzeczy dobre, wartościowe muszą zostać okupione jakimś trudem i ofiarą, nic nie ma za darmo.

Z przerażeniem czytałem wywiady z uznanymi pisarzami, którzy opowiadali, jaką męką jest pisanie, ile kosztuje ich każde zdanie, jakie katusze przeżywają cyzelując każde słowo, by osiągnąć w końcu tekst idealny. Popadałem wtedy w prawdziwe kompleksy, moje zdania wydawały mi się nagle mierne i mizerne, tęskniłem niemalże za prawdziwą, pisarską katorgą. Inna sprawa, że takie sobie pisanie-dłubanie, hobbistyczne tworzenie „po godzinach”, pozbawione presji nałożonej przez wydawcę albo czającego się gdzieś komornika to zupełnie inna historia. Póki co, to mi w zupełności wystarczy.

Zresztą, wszystko to nieważne, bo przecież i tak najważniejszy jest tekst.

Fot. KRONOS MEDIA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *