Mariusz Koperski: Wojenny wierszyk

Jest taki wiersz, który mnie zawsze poruszał, choć pamiętam z niego tylko jedną frazę: Wyobraź sobie, jest wojna i nikt na nią nie idzie…

To jedno zdanie tłucze mi się po głowie, od kiedy je usłyszałem lata temu podczas studiów. Nawet nie pamiętam, czy gdzieś je przeczytałem, czy pojawiło podczas wykładów z historii literatury, czy też może sprzedał mi je inny student. Wiem tylko, że ten wers zawsze mnie bardzo irytował i długo nie mogłem dojść do tego, dlaczego.

Nigdy nie byłem pacyfistą, jak wielu ludzi zaakceptowałem bez szemrania wizję świata z koniecznością prowadzenia wojen. Przez pewien czas myślałem, że irytację wzbudza niedorzeczna utopijność tej myśli. Dzisiaj dochodzę jednak do przekonania, że poraża mnie raczej banalna prawda w niej ukryta. Wojny są, bo ich chcemy. Bo jedni je wywołują, a drudzy biorą w niej udział. Zwykle tak się składa, że to nie jedni i ci sami.

Co się zmieniło? To proste, mam dzieci. Pojawił się ten inny rodzaj strachu, dużo potężniejszy i bardziej przejmujący niż strach o własne bezpieczeństwo. Jest on niczym w porównaniu ze strachem o życie i zdrowie dzieci. Patrzę na mojego prawie dorosłego syna i zastanawiam się, czy jakiś oszołom nie wymyśli wkrótce nowej wojny, by syn mógł na nią iść i oddać swoje młode życie. Patrzę na moje córki i drżę na myśl, co się z nimi stanie, gdy jakaś mniej lub bardziej sprawiedliwa wojna wciągnie je w swój wir.

Jakiś czas temu oglądałem polski serial kryminalny „Prokurator”. W jednym z odcinków do zabójstwa dochodzi w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest tam scena, w której nauczycielka oprowadza po muzeum dzieci – na oko z pierwszych klas podstawówki – i w pewnym momencie pyta maluchy: To co, kto by chciał umrzeć za ojczyznę? Odpowiedź: las małych rączek potwierdzających gotowość do ofiary.

Do tej pory zachodzę w głowę, czy to było na poważnie, czy autorzy filmu pozwolili sobie na taką ostrą ironię. Tak, czy inaczej, przerażające. A na marginesie, czy wyobrażacie sobie, żeby jakiś nauczyciel choć raz spytał spontanicznie swoich uczniów: To co, kto chce ciężko pracować całe życie dla ojczyzny? Nie, to zbyt banalne i absolutnie niebohaterskie.

Zapomnieliśmy o wojnie. A raczej po prostu jej nie przeżyliśmy. Nawet najwięksi apologeci buńczucznego patriotyzmu i militaryzmu znają ją tylko z książek, filmów lub opowiadań ostatnich żyjących, którzy ją naprawdę przeżyli. Dla kolejnych pokoleń wojna przestała być traumą, funkcjonuje w sferze wyobraźni i mitu.

Wmawia się młodym ludziom, że może być piękna i szlachetna, choć powinno się powtarzać jak mantrę, że jest zła, okrutna i hańbiąca. Że jest gorsza od biedy, głodu i niesprawiedliwości. Że pozbawia człowieka godności. Że jest największym złem wymyślonym przez ludzi. Tego mi zawsze brakuje w kolejnych obchodach naszych narodowych świąt, które przeważnie są wspomnieniem naszych przegranych wojen i ofiar – żeby ktoś obiecał, że zrobi wszystko, żeby się nam więcej nie przydarzyła. Nie tylko, że nie będzie już żadnych klęsk i przegranych. Że w ogóle nie będzie żadnej wojny!

To dużo ważniejsze niż udowadnianie całemu światu, że jesteśmy niedocenianym mocarstwem. To ważniejsze niż machanie szabelką na prawo i lewo i szczerzenie zębów na sąsiadów, żeby pokazać, jakie z nas chojraki. Zachowanie pokoju to obowiązek rządzących, tak samo jak opieka społeczna czy edukacja.

Tymczasem dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Nasza dyplomacja wyspecjalizowała się w obrażaniu innych, ewentualnie obrażaniu się na innych. Słowo „kompromis” staje się powoli synonimem zdrady, a sojuszników mamy już tylko wśród polityków tak samo nieobliczalnych, jak rządzący Polską.

Do tego obserwujemy w naszym kraju szybki powrót do militaryzmu, czyli z jednej strony kreowanie zagrożenia zewnętrznego i wtrącanie nas w „syndom oblężonej twierdzy”, a z drugiej wspieranie wszelkich zachowań paramilitarnych, podkręcanych hurrapatriotyczną nacjonalistyczną retoryką. Kiedy więc słyszę, że MON chciałby mieć wpływ na programy nauczania w szkołach, włos mi się na głowie jeży i cieszę się, że moje dzieci nie załapią się już na kolejne pranie mózgu.

Czemu to służy? To jasne, podnoszeniu gotowości bojowej narodu. Gotowości na co? A może by tak wbrew naszej tradycji raz być mądrym przed szkodą i dać szansę następnym pokoleniom na nie-bycie bohaterami?

Po latach odnalazłem wreszcie wiersz z frapującym wersem. Okazał się fragmentem poematu The People, Yes napisanego w 1936 roku przez amerykańskiego poetę Carla Sandburga. Laureat Nagrody Pulitzera był w czasie pierwszej wojny światowej korespondentem wojennym. Wiedział, o czym pisze…

Mała dziewczynka oglądała swoją pierwszą paradę wojskową i spytała,
„Kim oni są?”
“To żołnierze”
“A kto to taki, ci żołnierze?”
“Oni są na wojnę. Walczą i każdy z nich próbuje zabić tylu ze strony przeciwnej, ilu tylko zdoła”.
Dziewczynka zamilkła i przyglądała się chwilę.
„Wiesz… coś ci powiem”
„Tak, co takiego?”
„Wyobraź sobie, że czasami jest wojna i nikt na nią nie idzie”.12

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *