WIKTOR OSTROWSKI: Chłopiec w czerwonej koszuli

Z Wiktorem Ostrowskim, andynistą, podróżnikiem i pisarzem, rozmawiała Ewa Matuszewska.

Tę rozmowę przeprowadziłam pod koniec 1979 roku. Zaraz potem pan Wiktor wyjechał do Argentyny i nie zdążyłam autoryzować tekstu. Gdy po paru miesiącach wrócił, dokonał autoryzacji. Jednak w Polsce zaczęło się dziać tak wiele, że na dłuższy czas przestałam się interesować górami, nie postarałam się też, by „Chłopca w czerwonej koszuli” gdzieś opublikować. Sądzę jednak, że należy przypomnieć postać Wiktora Ostrowskiego i przedwojenne osiągnięcia polskich alpinistów w Andach.

Pod koniec roku 1933 wyruszyła z Polski wyprawa w pełnym tego słowa znaczeniu pionierska. Celem były góry odległe i wysokie, a do tego niemal całkowicie nieznane – Andy. Po raz pierwszy polscy alpiniści podjęli tak poważne przedsięwzięcie odkrywczo-naukowe, mające jednocześnie charakter wyczynowy. Zaplanowano spenetrowanie masywu Cordillera de la Ramada, do którego wciąż znakomicie pasowało określenie „biała plama na mapie”.

Przed Polakami tylko jedna ekspedycja alpinistyczna próbowała zdobyć dziewiczy szczyt Mercedario (6800 m), uważany wówczas za drugi co do wysokości szczyt Andów. Wyprawa liczyła sześciu uczestników: Konstanty Narkiewicz-Jodko (kierownik), Stefan Daszyński, Jan Dorawski (lekarz), Adam Karpiński, Stefan Osiecki (filmowiec) i Wiktor Ostrowski.
Dziś trudno uwierzyć, że można było przedsięwziąć tak poważną ekspedycję, dysponując tak skromną wiedzą o przyszłym rejonie działania. W owym czasie w Argentynie nie istniał żaden klub ani związek alpinistyczny, toteż uzyskanie informacji o Cordillera de la Ramada okazało się niemożliwe. Mimo wszystkich przeciwności, odniesiono spektakularny sukces, zdobywając dziewiczy Mercedario (6800 m) i Aconcaguę (6960 m) nową drogą, nazwaną później „La ruta de los Polacos”.

W roku 1953 wydano w Bueno Aires monografię „Historia del Aconcagua”, do której wstęp napisał ówczesny prezydent Argentyny, generał Juan Peron. Polskiej wyprawie poświęcono we wstępie cały rozdział zatytułowany „Del Tatra a los Andes”. Zakończono go następującym podsumowaniem polskiej wyprawy: „Ekspedycja polska na Aconcaguę jest wzorcem organizacji pod każdym względem, a więc zastosowanego ekwipunku, rozpoznania dróg, kalkulacji czasu i rozłożenia wysiłku”.

Mercedario, jak się później okazało, nie był drugim co do wysokości szczytem Andów. Ale Ojos del Salado (6885 m), ten rzeczywisty drugi po Aconcagua, również został zdobyty przez Polaków w roku 1937, podczas drugiej polskiej wyprawy Andy. Zaś co do Mercedario – mimo że niższy niż Aconcagua, jest technicznie trudniejszy. Jako pierwsi stanęli na nim Adam Karpiński i Wiktor Ostrowski, w dwie godziny po nich, gonieni nadciągającą burzą – Stefan Daszyński i Stefan Osiecki. Czy jednak Polacy byli rzeczywiście zdobywcami dziewiczego Mercedario?
Odpowiedź na to pytanie daje archeologia wysokogórska. Ta specjalistyczna gałąź archeologii powstała w Ameryce Południowej, gdzie Andy rozciągają się przez cały kontynent. Na tym obszarze występowało wiele różnorodnych kultur, zastępując jedna drugą, przenikając się czy rywalizując ze sobą.

Wiele lat po polskiej wyprawie Antonio Beorchio Nigris, wybitny andynista, archeolog, asystent na uniwersytecie w Cuyo, zorganizował i poprowadził na Mercedario wyprawę członków klubu andynistów. Gdy Polacy zdobywali Mercedario, pokrywała go gruba warstwa lodu i śniegu. Takie same warunki napotykali kolejni zdobywcy.

Dopiero wyprawa Beorchii, dzięki ”vientos blancos”, czyli słynnym białym wiatrom, niezwykle silnym i wiejącym na dużych wysokościach, zastała szczyt idealnie oczyszczony. W pobliżu kamiennego kopczyka, ustawionego przez Karpińskiego i Ostrowskiego, andyniści ujrzeli koło ułożone z dużych kamieni, z głazem pośrodku. Po odsunięciu głazu i przekopaniu się przez zlodowaciałą skorupę kamieni, ukazała się kobieca figurka ze srebra, mierząca około 18 cm, odziana w dwie tuniki podtrzymywane pasami i spięte srebrnymi szpilkami. Obok figurki znajdowały się skorupki ceramiki inkaskiej, malutka figurka guanako i woreczek z liśćmi coca.

Jak się pan poczuł, kiedy dowiedział się, że Mercedario zdobyli przed wami Inkowie, jakieś sześćset, pięćset lat wcześniej? – pytam Wiktora Ostrowskiego.

No cóż, przede wszystkim poczułem podziw, choć z domieszką żalu. Dysponując dobrym sprzętem i odpowiednią techniką wspinaczkową, zdobyliśmy Mercedario nie bez trudności i walki. A Inkowie? Być może ich motywacja religijna była tak silna, że pozwoliła im zrobić to, co w ich czasach wydawało się niemożliwe. Kiedy byłem w Afryce Wschodniej, pod samym szczytem Kilimandźaro, na wysokości 5900 metrów, widziałem zamrożone zwłoki jaguara. Wspomina o nim Hemingway w „Śniegach Kilimandżaro”. Nie wiadomo, czy zwierzę samo zapędziło się na szczyt i tam zakończyło życie, czy też zostało złożone w ofierze. Moim zdaniem jest to ofiara kultowa, podobnie jak guanako, znajdujące się na południowym wierzchołku Aconcagua.

Odnaleziono w Andach jeszcze jakieś inne świadectwa ofiar kultowych?

Jednym z najciekawszych odkryć było odnalezienie na Cerro del Torre (6300 m), również przez Antonia Beorchię, mumii kilkunastoletniego chłopca. Zwłoki znajdowały się w wykopanej studzience, w pozycji siedzącej, niemal nagie, tylko ze skórzaną przepaską na biodrach, zwaną „vara”. Są doskonale zachowane i nie widać oznak gwałtownej śmierci. Spokój malujący się na twarzy pozwala przypuszczać, że chłopiec umarł we śnie, być może odurzony narkotykiem. Sądząc po przedmiotach znalezionych u jego stóp, a były to dwie tuniki, dwie pary sandałów i kilka czapek wełnianych, mumia pochodzi z okresu imperium Inków. Ale Inkowie, w przeciwieństwie do Majów i Azteków, nie składali ofiar z ludzi. Przynajmniej tak było w okresie rozkwitu imperium. Gdy jednak rozpoczęła się konkwista hiszpańska, niosąca zagładę cywilizacji Inków, zaczęto składać bogu Słońca ofiary najcenniejsze – z ludzi.

Gdyby nie wyprawy andynistyczne, do tej pory nie wiedzielibyśmy o tych niezwykłych znaleziskach?

Tak, choć oczywiście odkrycia archeologiczne w górach nie były celem samym w sobie. Dokonywane były przy okazji wypraw naukowo-badawczych, mających również cele sportowe. Szkoda tylko, że na marginesie wyczynu sportowego, w terenie, do którego rzadko który naukowiec ma szansę dotrzeć, nie prowadzi się w szerszym zakresie badań naukowych, co mają w zwyczaju andyniści argentyńscy. Mój przyjaciel, znany andynista austriacki Mathias Rebitsch, dokonał bardzo ciekawego odkrycia podczas wejścia na Nevado Ojos del Salado (6885 m), po raz pierwszy zdobytego przez Justyna Wojsznisa i Jana Alfreda Szczepańskiego w roku 1937, podczas drugiej polskiej wyprawy w Andy. Rebitsch przyjechał do Argentyny w czasie, kiedy wspinacze argentyńscy dokonali rewelacyjnego odkrycia – Nevado Ojos del Salado okazał się, według nich, wyższy niż Aconcagua! Zwycięską wyprawą kierował Orlando Bravo, profesor fizyki nuklearnej.

To była chyba sensacja?

I to jaka! Nowy najwyższy szczyt Andów zdobyty przez Argentyńczyków! Gdy prof. Bravo zdawał publicznie relację z wyprawy, z pytaniami rzucili się dziennikarze, wśród nich sporo Niemców. Pytano przede wszystkim o to, czy na szczycie odnaleziono jakiekolwiek ślady polskiej wyprawy. Bravo stanowczo stwierdził, że niczego nie znaleziono. Był rok 1952. Nie miałem wówczas w Argentynie żadnych materiałow na temat obu polskich wypraw w Andy. Klub Wysokogórski w Polsce nie istniał, więc i z kraju nie mogłem liczyć na pomoc. Proszę przy tym pamiętać, jakie w tamtych latach były możliwości kontaktów między Polską a jak najszerzej pojętym Zachodem! Jedyne, co mogłem zrobić, to sprawdzić, czy na pewno zdobyto Nevado Ojos del Salado. No i cóż się okazało? Po dokładnym obejrzeniu zdjęć ze szczytu stwierdzono, że w odległości około dwudziestu kilometrów w linii prostej od rzekomego Nevado Ojos del Salado, w całej okazałości widać ten prawdziwy! A więc zdobyto zupełnie inny szczyt, którego wysokość również okazała się nie tak imponująca, jako że wyprawa dysponowała zepsutym aneroidem.

A w jaki sposób zostało potwierdzone pierwsze wejście na Nevado Ojos del Salado Justyna Wojsznisa i Jana Alfreda Szczepańskiego?

Po tych wydarzeniach przybyła z Europy wyprawa kierowana przez znanego alpinistę, Szweda Anduso Bolindera, w której uczestniczył Mathias Rebitsch. Zdobyto Nevado Ojos del Salado, Rebitsch znalazł na szczycie zapiski Szczepańskiego i Wojsznisa, do których się dopisał. Na wysokości około 6 tysięcy metrów, odkrył figurkę z czegoś, co przypominało alabaster, nie występujący w Andach. Była to miniaturka posągów z Wyspy Wielkanocnej, tych z ogromnymi uszami. A w drodze pod Nevado Ojos del Salado, na wyżynie Puna de Atacama, na wysokości 4 tysięcy metrów, natrafiono na resztki chińskiej kolii z brązu, pochodzącej sprzed 3 tysięcy lat. W Andach spotyka się też czasem mumie, spreparowane jak egipskie, ale starsze od nich. Tak, góry kryją jeszcze wiele niespodzianek.

Wspinał się pan w najróżniejszych górach świata. Ale na początku zawsze są Tatry. Jak pan w nie trafił?

Bardzo romantycznie. W roku 1924 byłem na obozie przysposobienia wojskowego nad Rabą, pod Suchą Beskidzką. Za różne przewinienia wyrzucono kilkunastu uczestników. Miałem „zaszczyt” znaleźć się w czołówce wyrzuconych, a głównym powodem była czerwona koszula, którą nosiłem nie z powodów ideologicznych, a z racji miłych wspomnień z wypraw narciarskich. Tego dnia, kiedy nas wylano, ojciec przysłał mi 50 złotych. To były dla mnie ogromne pieniądze. Nie wróciłem więc do domu, do Sosnowca, tylko wyruszyłem z kolegą w świat. Wędrowaliśmy po Beskidzie Środkowym, żywiąc się kaszą i nocując w stogach. Po dwóch tygodniach dotarliśmy do Zakopanego, mając zaledwie 75 groszy. Po obiedzie w stołówce dla ubogich, jednym na dwóch, mieliśmy już tylko 25 groszy. Mój przyjaciel asystował wówczas pewnej panience, która akurat spędzała z rodzicami wakacje w Zakopanem. Odszukaliśmy tę rodzinę i poprosiłem ojca sympatii mego kolegi o pożyczenie nam pieniędzy na bilet III klasy do Sosnowca.

Pożyczył?

Jego odpowiedź miała decydujący wpływ na całe moje życie. Powiedział tak: „Jesteście tutaj po raz pierwszy, nie możecie wyjechać nie poznawszy gór. Stawiam taki warunek – dostaniecie pieniądze na powrót, ale najpierw żona przygotuje wam dwa plecaki z żywnością, ja dam trochę pieniędzy i wytyczę trasę. Pójdziecie od schroniska do schroniska, po powrocie opowiecie, jak było, i dopiero wówczas dostaniecie pieniądze na bilety”. Poszliśmy więc przez Zawrat do Pięciu Stawów, potem Morskie Oko, Rysy. Już wtedy wiedziałem, że znalazłem coś dla siebie. Ale mój przyjaciel nigdy w Tatry nie powrócił.

Z kim chodził pan po Tatrach?

Moim przewodnikiem był słynny Andrzej Marusarz. To on nauczył mnie gór. Wiele lat później, kiedy byłem delegatem do spraw przewodnictwa w Klubie Wysokogórskim, w pewnym sensie byłem jego szefem, ale zawsze miałem dla niego najwyższy szacunek i odczuwałem wdzięczność za wszystko, czego mnie w górach nauczył. Ilekroć jestem w Zakopanem, zawsze na jego grobie kładę gałązkę kosodrzewiny.

Jak z perspektywy swoich doświadczeń ocenia pan współczesny polski alpinizm?

Pod względem wyczynu jest to niewątpliwie czołówka światowa. Świadczą o tym choćby ostatnie osiągnięcia – zdobycie przez Eugeniusza Chrobaka i Wojciecha Wróża Kangczendżongi Południowej i znakomity sukces Wandy Rutkiewicz na Mount Evereście. Ale są też zjawiska, które mnie denerwują i niepokoją. Poza wyczynem, zwłaszcza wśród młodzieży, nic innego nie istnieje. Góry gdzieś uciekają, pozostaje czysto sportowe podejście, pogoń za rekordem. Znika coś, co dla mnie we wspinaczce jest najważniejsze – radość przeżywania kontaktu z górami i braterstwo liny.

 

Wiktor Ostrowski urodził się 18 czerwca 1905 w Jekatierinosławiu, zmarł 19 stycznia 1992 w Warszawie. Z zawodu inżynier budownictwa ldowego, z wyboru – taternik, alpinista, podróżnik, pisarz. Uczestnik wypraw w Alpy (1932, 1937), Andy (1933–1934) i Kaukaz (1935). Podczas I Polskiej Wyprawy w Andy ze Stefanem Daszyńskim, Konstantym Narkiewiczem-Jodko i Stefanem Osieckim ustanowił polski rekord wysokości, zdobywając nową drogą najwyższy szczyt Andów, Aconcaguę (6956 m).

W okresie międzywojennym był jednym z najczynniejszych działaczy Koła Wysokogórskiego przy Oddziale Warszawskim Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a następnie Klubu Wysokogórskiego. W latach 1938–1939 członek Komisji ds. Przewodnictwa Tatrzańskiego PTT. Mieszkał wówczas w Zakopanem i kierował budową nartostrad. Przeprojektował skocznię na Krokwi, kierując potem jej przebudową.

Podczas II wojny światowej walczył w kampanii wrześniowej, potem był internowany na Litwie. Po kilkuletnim pobycie w obozach jenieckich w ZSRR udało mu się dostać do armii generała Władysława Andersa. Walczył we Włoszech, po zakończeniu działań wojennych przez jakiś czas przebywał w Afryce. W roku 1947 na stałe zamieszkał w Buenos Aires. Pisał artykuły na temat taternictwa alpinizmu, wydał kilka książek o swych wyprawach: „W skale i lodzie”, „Safari przez Czarny Ląd”, „Wyżej niż kondory”, „Życie Wielkiej Rzeki”, a także wygłaszał prelekcje, budzące duże zainteresowanie.

Józef Nyka, jednoosobowa encyklopedia wszelkich spraw górskich, wspomina że Wiktor Ostrowski w swoich prelekcjach przytaczał nie tylko liczne ciekawostki, ale też podczas opowieści o swoich przygodach zawsze wykorzystywał magnetofon, z którego na zakończenie prelekcji rozbrzmiewała melodia „El cóndor pasa”.

ZOBACZ

Po latach emigracji, w roku 1963 Wiktor Ostrowski po raz pierwszy przyjechał do Polski. Przez jakiś czas dzielił życie między Argentynę a Polskę, by w końcu, jak sam mówił, na dobre i złe w roku 1975 na stałe powrócić do kraju, do Warszawy.

Na zdjęciu: Wiktor Ostrowski w swoim domu na Saskiej Kępie. Fot. Józef Nyka